Oto co u mnie nowego

Zmarł Franciszek Pieczka

Dziś poinformowano, że odszedł z tego świata Franciszek Pieczka.  Wspaniały aktor, jeden z największych w powojennym polskim kinie, telewizji i teatrze. Miał 94 lata, a za sobą wspaniałe życie. 
Miałem zaszczyt poznać go osobiście. A był to tak. 

W 1999 roku, po przeniesieniu Ambasady RP z Kolonii do Berlina na prośbę ówczesnego ambasadora objąłem – jako radca ambasady – funkcję kierownika Wydziału Kultury, Nauki i Informacji berlińskiej placówki. Z uwagi na tę funkcję zostałem też, w roku następnym, powołany przez rząd Dolnej Saksonii w skład jury Nagrody Kulturalnej Śląska, przyznawanej corocznie przez ten land. Członkowie jury, w większości ludzie kultury, mieli prawo do nominacji do tej nagrody twórców wywodzących się ze Śląska lub ze Śląskiem związanych. Po krótkim namyśle zgłosiłem Franciszka Pieczkę. Kojarzył mi się ze Śląskiem jak mało kto. W niemal całkowicie niemieckim jury zapanowało pewne zdziwienie, bo aktor nie był im znany, mimo, że grywał w niemieckich filmach. Ponadto pochodził z Górnego Śląska, a preferowani, choć dyskretnie, byli raczej twórcy związani z  Dolnym Śląskiem. 

Ale przebiłem się z moją kandydaturą, przekonałem jurorów, że nagroda dla Pieczki będzie także promocją samej nagrody, bo Pieczka to u nas idol, autorytet, gwiazda. I niezwykle mądry człowiek. Wręczenie nagrody nastąpiło w połowie czerwca 2001 roku, a ja byłem w Hanowerze laudatorem. Ponieważ człowiek, który twierdził, że „warto być uczciwym” (choć sam z uczciwością często się rozmijał, ale czy – jak powiadał pewien filozof - „drogowskaz musi iść drogą, którą wskazuje”) odwołał mnie z placówki z dniem 1 czerwca, twierdząc, że jest to tzw. rotacja letnia, gościłem Pana Pieczkę prywatnie, w swym mieszkaniu w Berlinie. Swym autem zawiozłem go też na wręczenie nagrody (o sporym wymiarze finansowym) do Hanoweru. Dziękując za nagrodę wygłosił piękne przemówienie. 

Spędził u nas wtedy dwa dni. Wspaniałe dni, podczas których doszło do Jego nieplanowanego spotkania z panią premier Suchocką (naszą ówczesną znajomą), na wydanej przez nas kolacji u Pasquale, w jednym z naszych ulubionych berlińskich lokali. W pamięci pozostanie mi ich ciekawa konwersacja. Wizytę pamięta zapewne także nasz młodszy syn Alan, wówczas 16-latek. Uznał, że skoro Franciszek grał czołgistę to musi się znać na czołgach i innych rodzajach uzbrojenia. I zamęczał Pieczkę pytaniami kilka godzin. 

Pan Franciszek pozostanie na zawsze w naszej pamięci!